Co roku nasze wrześniowe rajdy były możliwością powrotu, choć na chwilę, do wakacji. W tym roku było zupełnie inaczej. Pan Darek w drodze powrotnej stwierdził, że tym razem nie żegnaliśmy lata, tylko zdecydowanie witaliśmy jesień. Świadczy o tym już sam fakt, że termin wyjazdu pokrył nam się z datą kalendarzowej jesieni. Do tego pogoda, która zupełnie nie przypominała czasu wakacji. Również inne spostrzeżenia dowiodły tego, że był to zdecydowanie rajd jesienny, a nie letni- ale o tym w dalszej części relacji.
Dnia 23 września zdecydowaliśmy się na wyjazd do Palmir, ale oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy pojechali tam najprostszą, a zarazem najkrótszą drogą- o nie! Do Palmir pojechaliśmy „drogami pana Bartka” przez Zaborów oraz Kampinoski Park Narodowy. Łącznie było nas trzynaścioro- dwoje opiekunów oraz jedenaścioro uczniów. Zaznaczyć trzeba, że był wśród nas debiutant. Wiemy jednak, że Miłek podjął świadomą decyzję, że chce z nami jechać. A skąd to wiemy? Przy zapisywaniu się na rajd Miłek musiał, niemalże jak na spowiedzi, odpowiedzieć na serię dociekliwych pytań Pani wicedyrektor Zarzyńskiej: „Czy jesteś pewien, że chcesz jechać z tymi panami? (o p. Darku i p. Bartku)”, „Czy wytrzymasz ich towarzystwo przez cały dzień?” i wiele innych. Miłek na wszystkie odpowiedział twierdząco- na własne ryzyko został zapisany... i chyba nie żałuje, bo w trakcie drogi stwierdził, że mu szkoda, że dopiero po trzech latach w naszej szkole odkrył rowerowe wyjazdy.
Wprawdzie w momencie startu pogoda nie była nam przychylna- była mgła i siąpił delikatny deszczyk, ale nawet nie braliśmy pod uwagę możliwości odwołania wyjazdu. Skoro jesteśmy przy pogodzie to warto przytoczyć kolejne dowody na to, że rozpoczęła się jesień. Oto one:
- z prawie wszystkich pól i zebrane i zaorane - pozostały jakieś niedobitki upraw kukurydzy,
- zdecydowanie chłodno przez cały dzień (ok. 16 stopni C)- pomimo, że w ekipie naszej nie brakuje twardzieli to jednak nikt nie odważył się jazdy w krótkich spodenkach. Na wyprawie dominowała już cieplejsza odzież,
- o 19:00 ciemności egipskie,
- mniejsza ilość przystanków pod sklepami, a to z faktu, że płyny z butelek i bidonów nie znikały w zastraszającym tempie,
- odnotowaliśmy tylko jeden przypadek zjedzenia loda (Malina),
- Żebro na postojach zamiast ganiać za piłką, ganiał za grzybami,
- kilka tygodni temu jeździło się szybciej, żeby się schłodzić, a teraz jeździ się szybciej, żeby się rozgrzać,
Nasza trasa rozpoczęła się od delikatnej rozgrzewki- podjazdu i zjazdu z wiaduktu w Zakroczymiu, który wynikał albo a) ze złośliwości pilota wycieczki- p. Bartka, albo b) z jego nieuwagi, gdyż przejechał zjazd w który powinniśmy skręcić. On sam obstawał przy wersji a, pozostali mieli natomiast nieco odmienne zdanie.
Pilot wycieczki jednak się zrehabilitował, bo od tej pory nie pobłądziliśmy już ani razu, a motywem przewodnim tego wyjazdu pozostanie chyba zdanie „Panie, a tera gdzie?” lub „Na pewno tutaj? Niech pan sprawdzi jeszcze raz”, po czym zazwyczaj następowała seria okrzyków: „Panie tutaj się nie da jechać!”. Okrzyki nie były bezpodstawne, bowiem był to najbardziej błotnisty i offroadowy rajd ze wszystkich dotychczasowych- po pierwsze za sprawą obfitych opadów deszczu w ostatnich tygodniach, a po drugie za sprawą doboru trasy. Okolice kanału Łasica, nawet przy bezdeszczowej pogodzie słyną z bagien. Jednym taka wersja rajdu bardzo się spodobała i na słowo „zaraz będzie asfalt” reagowali okrzykami niezadowolenia (Malina, Jaworek), drudzy oddychali z ulgą (Klaudia, Krzysiek, Koper), a większość była neutralna- trzeba jechać- tylko tyle i aż tyle.
Pierwszym z miejsc postoju była miejscowość Wiersze, gdzie znajduje się urokliwy, niewielki kościół, wybudowany na miejscu kapliczki, w której nabożeństwa odprawiali zarówno partyzanci insurekcji kościuszkowskiej, powstania styczniowego, jak też przede wszystkim żołnierze Armii Krajowej ze zgrupowania „Kampinos”
Następnie przez wspomniany kanał Łasica I bagna udaliśmy się do miejscowości Zaborów, gdzie urządziliśmy postój pod klasycystycznym kościołem z końcówki XVIII wieku. Jednakże w tym momencie byliśmy mniej skupieni na podziwianiu zabytkowej architektury, a bardziej na znalezieniu miejsca, w którym moglibyśmy się posilić. Bowiem karczma Zaborów, gdzie planowaliśmy zjeść posiłek była tego dnia zamknięta. Jak się okazało w tej miejscowości nie było szans na posiłek- zapytani policjanci skierowali nas do Leszna, a pani sklepowa do Borzęcina. Wybraliśmy tą drugą opcję, gdyż była bardziej po drodze, choć i tak wymagała modyfikacji trasy rajdu.
Po znalezieniu jadłodajni w której serwowane było dosłownie wszystko- od kebabów, przez pierogi, schabowe, a kończąc na pizzy, trzeba było się na coś zdecydować. Odważniejsi zamówili kebab XXL (Żebro zapamięta go na długo), mniej odważni kebab cienki, a najbardziej zapobiegliwi normalnego kotleta lub kebab na talerzu. Wydaje się, że wszyscy byli zadowoleni, a i żadne przykre niespodzianki nas też nie spotkały.
Tym samym osiągnęliśmy półmetek trasy, a do celu głównego jeszcze nie dotarliśmy. Droga do miejsca pamięci w Palmirach była już jednak lepsza (odrobinę, ale lepsza), dlatego po ok. godzinie byliśmy już przy cmentarzu ofiar hitlerowskich zbrodni. Chętni zwiedzili również muzeum palmirskie, w którym mogli dowiedzieć się więcej o tej tragicznej historii. Uczniowie zadawali również dociekliwe pytania, np. „skąd pochodzą zdjęcia z egzekucji?”, „dlaczego rozstrzeliwanym zasłaniano oczy?”. Dobrze, że oprócz frajdy z jazdy, chcemy się jeszcze czegoś dowiadywać.
Od Palmir do Kroczewa było już niedaleko, dlatego ten odcinek pokonaliśmy w błyskawicznym tempie, choć spowolniła nas nieco zmora rowerowych wyjazdów... cymbergaj. Rękawicę rzuconą przez Michała podniósł pan Darek, skutkiem czego w poniedziałek będzie delektował się czekoladą z orzechami, bo takowa była w puli gry.
Na końcówce trasy odbył się również wyścig pomiędzy p. Bartkiem i Damianem- pierwszy raz w historii ten pierwszy musiał oddać żółtą koszulkę lidera szybszemu zawodnikowi. Damian wygrał w pełni zasłużenie- na szczęście dla p. Bartka nie zdążyli ustalić stawki wyścigu.
Około godziny 18 wróciliśmy pod szkołę, choć, o dziwo tym razem nie Malina, a Weronika, nalegała na wydłużenie trasy do McDonalda w Nowym Dworze Mazowieckim. Opiekunowie byli jednak nieugięci, tym bardziej, że czekała ich jeszcze dosyć długa droga do domów.
Podczas rajdu przejechaliśmy 75 kilometrów- nie spotkała nas żadna awaria, wszyscy uczestnicy bez problemów sprostali wyzwaniu kondycyjnie, a na szczególną uwagę zasługuje postawa Klaudii i Weroniki, które bez nadmiernego (jak na kobiety przystało) narzekania znosiły trudy podróży i nieśmieszne żarty pozostałych uczestników. Powody do narzekania miał jedynie Dj Skowyr, bo nie wypadało w puszczy, a do tego w parku narodowym puszczać głośno muzyki. Z kolei Janusz, który większość rajdów kończył mocno wyczerpany, tym razem od początku do końca był na szpicy peletonu i dyktował nam tempo- efekt treningu, czy nowej maszyny?
No i na koniec, skoro życzenie z poprzedniej relacji się sprawdziło i tym razem Klaudia z nami pojechała, wyrażamy życzenie, abyś w dniu następnego wyjazdu sobie nic nie planowała, Julio!
Przypominamy również, że rowery na razie nie mogą iść w odstawkę, bo wciąż kręcimy kilometry w akcji „Rowerowa jesień!”.